Starość psa lub kota – jak sobie z nią radzić?

Posiadasz w domu poradnik o psach lub kotach? Tam zawsze pod koniec książki jest dział poświęcony starości i śmierci czworonoga. Ciągle go omijałam, stwierdzając, że przecież to mnie i mojego kocura nie dotyczy – chyba naiwnie wierzyłam, że będzie z nami żyć wiecznie.

Odszedł niemal miesiąc temu i nadal nie potrafię pogodzić się ze stratą. I nic cię nie przygotuje na to, co będziesz przeżywać nawet nie w chwili jego śmierci, ale na miesiące przed.

Max – kot idealny

Nasza historia nie jest górnolotna i pokroju kota Boba. Miałam siedem lat, gdy Max wkroczył do naszego życia trochę niechcący; wraz z siostrą uratowałyśmy go przed śmiercią na wsi, gdy dzieciaki przywiązały go do drzewa żyłką wędkarską i zostawiły na pastwę losu. Kocię, wtedy miało ledwo trzy miesiące, jakoś się uwolniło, my je ściągnęłyśmy z drzewa wraz z pomocą znajomych z okolicy i przyniosłyśmy do domu.

Uwierzcie mi, moi rodzice żyli nadzieją, że kot odejdzie. Ale raz daliśmy mu jedzenie i został. Polował na żaby i jaszczurki, a potem je jadł na oczach mojej mamy, doprowadzając ją do skraju obrzydzenia. Mój tata z kolei wdepnął bosą stopą w śmierdzący prezent od kocięcia pozostawiony na dywanie – po tamtym wydarzeniu Max panicznie bał się odkurzaczy, bo tata postanowił dać mu nauczkę rurą od odkurzacza. Był na przegranej pozycji, bo Max był strasznie szybki, ale strach pozostał – a ja do tej pory ze śmiechem wspominam, jak tata niemal zabił się na zakręcie, próbując dopaść czarną, galopującą kulkę.

Kot został – ku mojej i siostry uciesze. Miałyśmy mu szukać domu, ale jakoś przez całe wakacje jakoś się do tego nie paliłyśmy. Został z nami i wrócił do Warszawy, spędzając każdy weekend i wakacje w miejscu, w którym się urodził. Polował na myszy i był najsłowniejszym kocurem w okolicy – przynosił nam osiem ofiar dziennie. I to nie co kilka dni – on tak potrafił codziennie!

Ludzi unikał – na kolana nie wchodził, trzymania na rękach się brzydził, ale uwielbiał drapanie przy ogonie i poklepywanie w tyłek. To była jedyna forma pieszczot, jaką dopuszczał. Nie drapał, nie gryzł. U weterynarzy był oazą spokoju i wszyscy się nim zachwycali. Z reguły weterynarz do kota wychodzi w rękawicach do cięcia metalu – Maxa można było całować po główce podczas najbardziej bolesnych zastrzyków, a on nawet nie pisnął. Podawał nawet łapę do pobierania krwi! Był niesamowity i stanowił niezwykle miłą odskocznię dla weterynarzy, którzy mieli z nim do czynienia.

Po śmierci wrócił do miejsca, w którym się urodził i w którym wspólnie się wychowaliśmy. Nigdzie indziej nie moglibyśmy go pochować – to jego wieś, jego łąki i jego działka.

Starość przychodzi nagle

Max przez całe życie był kotem zdrowym. Chodził na regularne szczepienia, nic mu nie dolegało; raz jedynie wyrwał sobie pazur, zaczepiając o dywan, a że nikogo nie było wtedy w domu, żeby mu pomóc, spanikował i wyszarpnął, co skończyło się źle. Ale też nic nie pisnął, gdy w panice po widoku zakrwawionego przedpokoju biegłam z nim do weterynarza, by obejrzeli mu łapy.

Niestety przychodzi taki okres, gdy zaczyna się powoli sypać wszystko. Starość przychodzi nagle i zabiera nam ukochanego czworonoga w ciągu kilku tygodni. Z Maxem było podobnie. Początkowo zaczęło się od częstszego sikania, gdy udało nam się wyleczyć zapalony pęcherz, nerki zaczęły mocniej wysiadać, podejrzenie cukrzycy, ogrom wydatków i mało pieniędzy. Poprosiłam wtedy o pomoc, a odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Tylu ludzi pomogło mi tak zupełnie bezinteresownie! To było niezwykle wzruszające, a dzięki tej akcji mogłam opłacić najdroższe badania i wykupić wór leków oraz specjalistyczne karmy. Chyba nigdy nie podziękuję odpowiednio ludziom, którzy wtedy nam pomogli.

Przez cały czas walczyłam – gdy trzeba było codziennie podawać kroplówki, podawałam bez szemrania; pomagała mi mama, często też tata przychodził, by mnie zmienić, żebym mogła chwilę odsapnąć (dożylne kroplówki trwały około 2 godzin, podskórne około godziny). Max na mój widok uciekał, bo wiedział, że będę podawać mu do pyszczka niedobre leki, jednak nigdy nie próbował mnie ugryźć czy drapnąć. Był pod tym względem tak niesamowity i kochany, że brakowało mi słów, by mu dziękować za ogrom cierpliwości.

Kiedy Max zaczął mieć boleści związane ze stawami i kręgosłupem, przestał trafiać do kuwety. Sikał na zewnątrz albo robił kupę obok. Rodzice początkowo się irytowali, ale ja im zawsze cierpliwie tłumaczyłam, że Max jest już stary i musimy przejść nad tym do porządku dziennego. Tata kupił większą kuwetę i gdy byliśmy w domu, czasami pomagaliśmy mu dobrze się ustawić, by trafił w żwirek bez zbędnego kucania. Po kilku pierwszych razach nie usłyszałam już żadnego narzekania. Chyba zauważyli, że go bolą plecy i kucanie przychodzi mu już z dużo większym trudem mimo leków podawanych przez nas na kości i stawy.

Ale to nic w porównaniu z ostatnimi dniami jego życia. Choroba tak bardzo go wyniszczyła, że przestał jeść. Znikał na naszych oczach i nie robił już nic innego, tylko spał. Gdy się budził, szedł się napić, ewentualnie do kuwety, które są oddalone od siebie o 2 metry. Nie był w stanie przebyć tego odcinka i kładł się, by odpocząć. Serce krajało mi się na ten widok, ale dalej dzielnie walczyłam o jego zdrowie i życie.

Gdy po raz pierwszy upadł po nieudanej próbie wskoczenia na łóżko, rzuciłam wszystko w diabły i pobiegłam pomóc mu wstać i rozmasować bolące kości. Położyłam go na łóżku i głaskałam go, póki nie zasnął. Spóźniłam się wtedy na zajęcia na uczelni, ale nie obchodziło mnie to – musiałam mu pomóc bez względu na wszystko.

Karmiłam go ze strzykawki, ale nie zawsze utrzymywał to w żołądku. Gdy wymiotował, odczekiwałam trochę i próbowałam jeszcze raz. By zjadł cokolwiek, by walczył i nie chudł jeszcze bardziej.

Gdzieś na końcu głowy zaczęła kołatać się myśl – a co by było, gdybym musiała go uśpić? Spotykałam się ze znajomymi, śmiałam się i udawałam, że wszystko w porządku. Ale myślami byłam przy Maxie, o tym, że muszę iść do domu i pomóc mu przejść do miski z wodą czy do kuwety, że muszę go nakarmić i położyć na jego ukochanym kocyku.

Niestety dwa dni później od pierwszego przebłysku o uśpieniu musiałam powiedzieć „tak”. Choć wyniki krwi wyszły dobre, nerki były już w bardzo złym stanie. Oczywiście były jeszcze sposoby na ratunek, ale bylibyśmy samolubni, podejmując decyzję o dalszym kosztownym, niezwykle ryzykownym leczeniu. Kupilibyśmy mu może ze trzy-cztery miesiące więcej, a i to nie było zagwarantowane.

Nie chciałam, żeby dłużej cierpiał, nawet jeśli to oznaczało, że cierpieć będziemy my. To była najtrudniejsza decyzja, jaką podjęłam w życiu. Jeśli myślicie, że egzamin na prawo jazdy czy matura to stresujące przeżycia – spróbujcie wykrztusić głupie” tak”, gdy trzymacie ukochanego kota w rękach, płaczecie spazmatycznie i wiecie, że on zaraz odejdzie. Ja nie byłam w stanie – po prosu kiwnęłam głową, na nic innego nie byłam już w stanie się zdobyć.

Przez 16 lat życia Max stał się równoprawnym członkiem naszej rodziny i widząc mojego tatę – silnego faceta z ciężkim charakterem – płaczącego jak dziecko, gdy tulił jego ciałko do piersi, załamałam się chyba jeszcze mocniej. Nawet moja mama płakała, gdy pojechała razem ze mną i siostrą do kliniki. Była tam nie tylko po to, by wspierać swoje córki w niezwykle ciężkim okresie, ale też po to, by się z nim pożegnać. Dopiero jego śmierć pokazała mi, jak bardzo moi rodzice kochali Maxa, nawet jeśli na co dzień narzekali na niego i mówili, że go nie lubią. Ale czy właśnie nie tym jest rodzina? Kocha się wzajemnie bez względu na wszystko, nawet jeśli każdy posiada wady.

I ma cztery łapy oraz futerko.

Nie powiem ci, że dasz radę się przygotować – bo się nie da. Płaczę do dzisiaj i nie mogę znaleźć sobie miejsca w pustym mieszkaniu. Ciągle siadam na brzegu krzesła, czekając, aż Max wskoczy i zerknie, czy na talerzu nie mam nic dobrego do jedzenia. Nadal łapię się na uchylaniu drzwi do pokoju, by Max miał swobodne przejście do kuwety i misek. Do dziś łudzę się nadzieją, że otworzę drzwi i usłyszę głośne miauknięcie na powitanie i stukot łapek na panelach, gdy biegł do mnie.

Starość ukochanego czworonoga to cierpliwość, sztuka przebaczania, akceptacji, zrozumienia trudności starzenia się i oswajania się z myślą, że któregoś dnia zabraknie ciepłego futerka i czterech łapek do całowania. Nie ma miejsca na wymówki, na brak czasu czy lenia – gdy musisz podać piętnaście różnych rodzajów leków i kroplówkę, robisz to. Gdy musisz wydać w ciągu miesiąca prawie 2000 zł na badania i leki – wydajesz je, choć wcale nie masz tych pieniędzy na koncie. Na samym końcu będziesz czuć wyrzuty sumienia i będziesz obarczać się winą, że można było zrobić coś więcej, coś lepiej – nie warto. Koniec końców pocieszam się myślą, że Max miał z nami dobrze i nigdy nie zaznał uczucia głodu, samotności i braku miłości.

Dokumentuj wspólne wspomnienia, nie żałuj na fotografa – później zostają tylko zdjęcia i obraz razem przeżytych chwil, które, choć nie zawsze wesołe, są najcenniejszą pamiątką po utraconym członku rodziny.

Bo największą wadą zwierząt jest to, że żyją zbyt krótko.

  • Julia Świętochowska

    Izzy, jesteś najlepsza! Podziwiam Cię za takie oddane dla Maxa! :**

    • Izzy na tropie

      Kochana, ja nigdy nie będę dostatecznie wdzięczna za snapy pełne pięknych słów, które wysłałaś zaraz po tym, jak się dowiedziałaś, że muszę go uśpić. Ryczałam jak opętana, ale to było najlepsze, co mogłam wtedy usłyszeć <333