Sporty z udziałem zwierząt – bez zwierząt?

Zwierzęta towarzyszą nam od zawsze i stanowią bardzo ważny punkt kulturowy – w przypadku naszego kraju są to konie, w przypadku Alaski czy Kanady – psy zaprzęgowe. Mam tą przyjemność siedzieć w obu światkach – zaprzęgowym, jak i jeździeckim, więc gdy wybucha jakaś afera, z reguły zaczyna się śmiercią zwierzęcia i oburzeniem obrońców praw zwierząt. Rozpoczyna się także dyskusja, czy te sporty w ogóle są nam do czegoś potrzebne.

Wyścigi na śmierć i życie

Zima to okres wyścigów długodystansowych. Musherzy przygotowują swoje psy cały rok, by wziąć w nich udział. Treningi, żywienie, logistyka – to wszystko jest o wiele trudniejsze niż się wydaje, ale posiadając sportowe zacięcie oraz sportowe rasy, nie mogło być inaczej. Po roku zmagań przychodzi ten dzień, gdy musherzy stają na linii startu i ruszają na saniach wraz ze swoimi psami w trasę, która niekiedy może trwać nawet 2 tygodnie!

Niestety zdarzają się przypadki śmierci psów. Są tego bardzo różne przyczyny – w tym roku podczas jednego z najsłynniejszych wyścigów długodystansowych – Iditarod – padło łącznie pięć psów (i nie wszystkie przypadki dotyczyły bezpośrednio wyścigu). Obrońcy praw zwierząt natychmiast podjęli ten wątek i wystosowali pismo, które zakaże wyścigów psich zaprzęgów. Dlaczego? Bo tak.

Przyjrzyjmy się zatem faktom.

Zarówno jeździectwo, jak i psie zaprzęgi powstały nie bez powodu. Psy zaprzęgowe zostały stworzone do pracy – miały ciągnąć ciężkie ładunki w warunkach, gdy wszystko inne zawodziło. Kiedy w końcu technologia poszła do przodu – zwierzęta niejako straciły pracę i wylądowały… w sporcie.

Te psy kochają biegać! Ich naturalnym odruchem jest ciągnięcie i nie możemy im tego wybijać z głowy (choć możemy nauczyć rozróżniania spaceru od treningu). Z reguły raban o ten nieszczęsny sport podnoszą ludzie, którzy nigdy w życiu nie widzieli wyścigów na żywo i nie posiadali psa rasy pracującej. Jakie argumenty możemy usłyszeć?

Eksploatacja zwierząt dla naszej przyjemności!

Kiedy zwierzę jest zmęczone, zatrzymuje się, ale źli musherzy każą im biec dalej, aż do śmierci!

Jakoś atleci na olimpiadach nie umierają z wycieńczenia!

Wypowiedzi obrońców praw zwierząt można przytaczać wiele. I choć można się z nimi w pewnym stopniu zgodzić, nie można pozwolić na to, by ten sport został całkowicie usunięty (choć popularnością niestety też nie grzeszy, nad czym bardzo ubolewam…). W czym tkwi problem?

  W ludziach.

Większość musherów to zakręceni ludzie, którzy kochają ten sport, swoje psy traktują jak członków rodziny i nigdy nie zrobiliby im krzywdy. Gdy pies przechodzi na emeryturę, nie zostaje oddany do kogoś innego – zostaje w stadzie, biega swoim tempem, jeżeli nadal ma ochotę, wyleguje się na kanapie i wiedzie szczęśliwe życie. Ich dieta jest tak zbilansowana i tak zoptymalizowana, że pokuszę się o stwierdzenie, że spora część takich psów je lepiej od wielu ludzi. I tak jak w każdym przypadku, w tym świecie też trafiają się jednostki, które nie traktują swoich psów z należytym szacunkiem. Jednakże, siedząc w tym światku już 7 lat, śmiem stwierdzić, że jeżeli pojawia się ktoś, kto próbuje mocniej mącić, bardzo szybko zostaje wyeliminowany z towarzystwa. Nie godzimy się na pewne zachowania i dbamy o „czystość” naszego środowiska, choć nie zawsze jesteśmy w stanie się uchronić przed takimi indywiduami.

Czy z powodu takich ludzi ma cierpieć cały sport? Czy wszyscy musherzy są z góry źli? Zasadą jest, że najpierw zajmujemy się psami, dopiero potem sobą – na wielu wyścigach ci, którzy złamali tę zasadę, byli od razu wyrzucani z rywalizacji. Nie ma, że pada, że śnieg wali po oczach, a mróz skutecznie morduje resztki ciepła – psy muszą być oporządzone w pierwszej kolejności.

Chciałabym też się na koniec odnieść do tego, że psy są zamęczane na śmierć. Otóż sprawa wygląda nieco inaczej – wiele psów ma tak ogromne ambicje, że nic ich nie zatrzyma. Często może im coś dolegać, ale tego nie okazują – adrenalina buzująca w ich żyłach skutecznie tłumi dyskomfort czy ból – i właściciel może do samego końca nie wiedzieć, że coś się z psiakiem dzieje złego. Ktoś, kto twierdzi, że musher zmusza psa do biegu jest w ogromnym błędzie – w większości przypadków to pies zmusza właściciela do wysiłku! Ale właśnie po to mają te psy – by uprawiać ten sport. Gdyby było inaczej, nie mieliby psów północy, a zwykłego kanapowca.

Jest także wiele udokumentowanych upadków psów, które miały ukryte wady. Na normalnych badaniach nic nie wychodziło, dopiero podczas biegu pojawiały się problemy, ale z reguły już było za późno.

Ziomkowi w tym roku stuknie 10 lat – nikt nigdy mi nie wierzy. Dzięki temu, że biega i ma świetną dietę, nadal wygląda jak roczniak.

I tylko koni żal…?

Nie możemy usunąć ras pracujących czy koni z istnienia (choć jesteśmy świetni w niszczeniu innych gatunków…). Koń, by mógł zdrowo funkcjonować, potrzebuje wyjść na dwór, poruszać się, zmęczyć – gdy był jeszcze dziko żyjącym stworzeniem, wędrował niemal 16 godzin na dobę w poszukiwaniu pożywienia. 5 hektarów łąki (co i tak jest luksusem) i odbijanie się od jednego boku ogrodzenia do drugiego nie zastąpi im tego, co miały kiedyś. Sport jest substytutem tego, co miały na wolności. I nieważne, jaki to sport – każdy jest dobry, byleby zwierzę się ruszało.

Coraz częściej jednak w świecie jeździeckim do głosu dochodzą zawzięci przeciwnicy jakichkolwiek sportów z udziałem koni. Że to męczarnia, że to niepotrzebne, że to tylko dla naszej przyjemności. Sytuacja staje się podoba do tej z psimi zaprzęgami – dlaczego ma cierpieć sport jako całość, skoro winę ponoszą jednostki?

Są jeźdźcy, którzy kochają swoje konie nad życie; ale są tacy, którzy stawiają na zysk, zaś konie są narzędziem. Ponownie – środowisko jako takie stara się takie jednostki eliminować z otoczenia. Jeżeli na jaw wychodzą dowody na znęcanie się i niewłaściwe metody treningowe – zostaje odsunięty od sportu, otrzymuje kary i ma inne nieprzyjemności z tego tytułu.

Nie jest to wina westernu, ujeżdżenia czy skoków jako dyscyplin – ludzie tworzą to wszystko i jeżeli oni się nie zmienią, będzie, jak jest. Nie spisuję na straty skoków tylko dlatego, że nie lubię tej dyscypliny i sto razy bardziej wolę ujeżdżenie. Interesują mnie zasady obowiązujące w westernie i poczyniłam pewne kroki ku lepszemu zapoznaniu się z tym odłamem jeździectwa. Nie głoszę więc w Internecie, że western to zło i trzeba zakazać uprawiania tej dyscypliny. Wyszłam jej naprzeciw, poznałam od podstaw i czasem uważam, że jest to fajniejsze od klasyki.

Konie sportowe zaś mają podobną sytuację, co psy zaprzęgowe – dzięki świetnym warunkom, profesjonalnej opiece, a co najważniejsze – zbilansowanej diecie i odpowiednim żywieniu żyją jak w raju. A nie jest to wcale tak tanie. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że konie sportowe mają lepiej niż te rekreacyjne – sportowy koń po zakończeniu kariery będzie mógł robić za konia profesora lub pójdzie na łąki, gdzie nie będzie mieć żadnych trosk i zmartwień. Ale oczywiście zdarzają się wyjątki.

Jeżeli miałabym ten temat podsumować to zostałoby mi tylko jedno słowo: ludzie. To oni sprawiają, że istnieje coś pięknego, ale też to niszczą. Nie rozumiesz sportu? Przyjedź i zobacz. Chcesz zobaczysz, jak to jest? Spróbuj pod okiem doświadczonego zawodnika. To nic trudnego ani strasznego. Zarówno konie, jak i psy tego ruchu potrzebują. I też obie strony kochają to tak samo mocno. Sport sam w sobie nie rani – ludzie tak.