Równi i równiejsi w światku jeździeckim

Okres letni w światku jeździeckim to pękający w szwach kalendarz pełen imprez sportowych dla każdego. Od ujeżdżenia, przez skoki i WKKW, na westernie skończywszy. Niedawno pisałam o niesprawiedliwości, jaka istnieje w światku konnym, gdzie niektóre dyscypliny są bardziej faworyzowane od reszty. Mówiąc prosto – western jest spychany na bok, choć nie zasłużył sobie na takie traktowanie.

Przyjrzyjmy się zatem dwóm wielkim imprezom, jakie odbyły się nie tak dawno; z pewnością o jednej z nich nie słyszeliście prawie w ogóle, mimo że rangą przewyższały drugą imprezę.

ME w reiningu

Jadąc na Mistrzostwa Europy w reiningu chciałam spełnić dwa marzenia: jedno to zobaczyć w końcu western na żywo na przyzwoitym poziomie, a drugi – sfotografować to i mieć czym się pochwalić w portfolio. Nie wiedziałam o tej dyscyplinie praktycznie nic, więc słuchałam wszystkiego, o czym mówiła moja bardzo dobra znajoma fotografka Dominika, która nie tylko specjalizuje się w fotografii tej dyscypliny, ale też sama czynnie trenuje i startuje w reiningu. Nie oceniałam, nie patrzyłam na to wszystko krytycznie – traktowałam to trochę jak wycieczkę do nowego miejsca, gdzie mogę zobaczyć, poznać i nauczyć się czegoś nowego.

Reining często jest nazywany ujeżdżeniem w westernie i można powiedzieć, że jest w tym spore ziarno prawdy, ponieważ zawodnik startujący w tej konkurencji musi jak najdokładniej przejechać schemat (nazywany patternem). Jedyna różnica jest taka, że reiningowcy przejeżdżają schematy w galopie, prowadząc konia tylko jedną ręką.

_DSC4785 Imponujący sliding stop w wykonaniu Giny Schumacher.

To w reiningu możemy obserwować widowiskowe spiny czy sliding stopy, które tak dobrze wyglądają na zdjęciach i są najczęściej fotografowanym momentem przejazdu patternów. Ja miałam to szczęście, że mogłam podziwiać najlepszych zawodników z całej Europy w jednym miejscu, a także jedne z najlepszych koni w tej dyscyplinie.

Dlaczego nikt nie mówił o tej imprezie najprawdopodobniej zostanie na zawsze tajemnicą, ale prawda jest taka, że ludzie jeżdżący western są jakby obok całego światka jeździeckiego. Ciągle spychani na bok, pomijani i zapominani, a w końcu oskarżani o różne rzeczy bez najmniejszej próby zrozumienia dyscypliny. Ja trenuję na co dzień ujeżdżenie i nie miałam najmniejszego problemu z wkroczeniem do świata westernu i poznania tej dyscypliny od środka. Szkoda, że dużo ludzi ma jednak z tym problem.

Cavaliada Summer Jumping

O Cavaliadzie mówili wszyscy i wszędzie. Pierwsza impreza jeździecka na plaży w Polsce i w Europie, zaś druga na świecie. Kilka dyscyplin, pokazy, targi, a także piękne zachody w tle i nasze własne polskie morze jako świadek zmagań zawodników z Polski i świata.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby coś się po drodze nie spieprzyło.

Jako fotograf współpracujący z gazetą jeździecką dostałam akredytację na tę imprezę i już tydzień przed wyjazdem czułam w kościach, że cała impreza okaże się ogromną klapą. Wizualizacje całej areny jasno wskazywały na to, że fotoreporterzy nie będą mieć w ogóle dojścia do miejsc, skąd będzie można fotografować z morskim tłem, zaś liczne pytania wysyłane samemu organizatorowi nie przyniosły żadnej jasnej, konkretnej odpowiedzi.

_DSC5049 Warto pojechać na takie zawody chociaż raz w życiu – portfolio poszerzycie o świetne ujęcia i niezapomniane przeżycia!

Jeszcze bardziej nieciekawie zrobiło się na dwa dni przed samą imprezą, gdy zaczęły się sztormy, a nowo wybudowaną rozprężalnię praktycznie zalały fale. Przeglądy weterynaryjne odwołano, pierwsze czwartkowe konkursy poprzekładano, a w nocy naprędce budowano wał, żeby nie zmyło doszczętnie i głównej areny.

Gdy o tym usłyszałam, wiedziałam już, że nie chcę tam jechać i wydawać na darmo pieniędzy. A już na pewno po informacji, że widzowie, którzy kupili bilet na konkretny konkurs nie mogą go obejrzeć, bo został przełożony na inny dzień, zaś bilet obowiązywał na dany dzień.

Wystawców na tej imprezie praktycznie nie było, bo ceny za wynajem stanowiska były tak porażające, że w ogóle się to nie opłacało (za te same pieniądze można wynająć na weekend stanowisko w Anglii na ogromnych targach sprzętu jeździeckiego, gdzie dziennie przewija się 5 razy tyle ludzi niż na naszej rodzimej imprezie), więc nawet nie było w czym wybierać.

Impreza ostatecznie doszła do skutku, na fotografiach możemy podziwiać piękny wał i dopiero morze, wielu zawodników wycofało się ze startów (nie dziwię im się…), zaś niesmak pozostał. Nie pojechałam na Cavaliadę, ale nie żałuję. Mogłam oglądać finały w reiningu, spędzić czas z przyjaciółmi i odpocząć, a także zaoszczędzić masę pieniędzy. Po cichu liczę na to, że organizatorzy w końcu otrząsną się i zaczną wyciągać wnioski po każdej imprezie, ponieważ warszawska Cavaliada, o której też pisałam na blogu, nie mogła cieszyć się dobrą opinią, a Kołobrzeg pokazał, że należy przewidzieć wszystko, nawet drugi stopień zagrożenia sztormem.

Kto wie, może w przyszłym roku znów będziemy mogli podziwiać konie na polskiej plaży. Najpierw jednak trzeba być lepiej przygotowanym. Tymczasem zapraszam na dalszy ciąg Mistrzostw Europy w reiningu – w 2017 roku Roleski Ranch znów jest gospodarzem i z pewnością ugości was w jak najlepszy sposób!