Majorka – mekka fotogenicznych plaż

Nie poleciałyśmy na Majorkę bez żadnego przygotowania, wręcz przeciwnie – każda z nas stworzyła listę miejsc, które chciałaby zobaczyć. Gdy już wszystkie zdecydowały, na czym im zależy, spotkałyśmy się i rozdzieliłyśmy plan zwiedzania na tydzień. Niestety zapomniałyśmy w tym ferworze walki sprawdzić, jak się mają odległości z naszym wynajętym domem i co najlepiej zwiedzać najpierw, a co na końcu, toteż takie plany wykonywałyśmy w aucie, tuż przed wyjazdem.

A później ruszałyśmy zakochać się w wyspie.

 Majorka – mekka fotogenicznych plaż

Już jadąc w kierunku pierwszego punktu z listy odczułyśmy, jak ciepło się zrobiło na zewnątrz. Szok termiczny miałyśmy już za sobą – wylatując z kraju na termometrach było kilka stopni poniżej zera, a już po 12 na lotnisku w Palmie przywitało nas wszechobecne gorąco oraz błękitne niebo.

Sądziłyśmy, że to już wszystko, jeśli chodzi o przyjemne temperatury.

W aucie ustawiłyśmy klimatyzację, bluzy zostały rzucone w bagażniku oraz zapomniane na resztę dnia, zaś na nosie każdej z nas dzielnie towarzyszyły okulary przeciwsłoneczne (niektóre zakupione z samego rana w Primarku za kilka euro). Robiło się coraz cieplej, mimo że termometr w naszej Skodzie uparcie wskazywał 14 stopni. Odczuwalna temperatura sięgała grubo ponad 20 stopni.

Pierwszym punktem do odhaczenia została plaża Cala Marmols. Była to także jedyna prywatna plaża, na którą – teoretycznie – mieli wstęp jedynie mieszkańcy wyspy. Przygotowując się do wyjazdu i czytając blogi innych znalazłam informację, że udało się komuś wjechać na krzywo i posiedzieć tam chwilę. Niestety my nie miałyśmy tyle szczęścia – przed maską samochodu wyrosła nam zamknięta na cztery spusty brama. Najprawdopodobniej poza sezonem żaden sprytny turysta nie miał co liczyć na zobaczenie tej plaży, dlatego też zawróciłyśmy – na cholernie wąskiej drodze – i ruszyłyśmy na kolejną plażę.

Los wynagrodził nam początkową porażkę, która nieco ostudziła nasze zapały. Jadąc według znaków do plaży Cala Llombards, natrafiłyśmy na niewielki znak Santanyi. Postanowiłyśmy to sprawdzić, zwłaszcza że brązowe oznaczenie świadczyło jednoznacznie o jakimś ciekawym i atrakcyjnym miejscu dla turystów.

To, co zobaczyłyśmy, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.

Przed nami roztaczał się widok na bezkresne morze, zaś daleko w dole niewielkie fale rozbijały się o klify, wypełniając ciszę tego spokojnego miejsca. Tuż obok znajdowało się osiedle domów, najprawdopodobniej mieszkańców, zaś dookoła – żywej duszy.

Oto, dlaczego warto zwiedzać Majorkę poza sezonem!

Na klifie spędziłyśmy prawie godzinę, robiąc sobie zdjęcia, kręcąc filmiki oraz robiąc jeszcze więcej zdjęć. Jeżeli tak miało wyglądać każde miejsce, Majorka była miejscem, do którego koniecznie chcę wrócić jeszcze raz!

Myliłam się – było jeszcze lepiej.

Cala Llombards jest chyba jedną z najładniejszych plaż na Majorce – krystalicznie czysta, lazurowa woda otoczona przez wysokie kamienne klify, na których znajdują się domki oraz garaże ze schowanymi w nich łodziami. Niezwykle klimatyczne miejsce, a co najważniejsze – puste.

Brak turystów pozwolił nam robić piękne ujęcia bez przeszkód, rozkoszując się ciepłą temperaturą i urokliwymi widokami. To także tutaj znajduje się najbardziej absurdalne rondo, jakie w życiu widziałam – składało się z 3 kamieni i znaku ogłaszającego wszem i wobec, że oto tutaj, na kawałku piachu przy plaży, możesz objechać rondo.

Żegnałyśmy plażę, ciesząc się ciepłem i przygodą, która rozkręcała się na dobre! Kolejnym punktem na naszej trasie był Park Krajobrazowy Mondrago – bo Majorka to nie tylko plaże, lecz także miejsca objęte ochroną, wypełnione ciszą oraz spokojem. Parking w sezonie jest płatny, ale, jak mogliście już się dowiedzieć z wpisu wstępnego – poza sezonem praktycznie wszystkie postoje są za darmo. Zostawiłyśmy samochód, ubrałyśmy cieplejsze rzeczy (w cieniu potrafiło naprawdę powiać chłodem) i ruszyłyśmy na pierwszy szlak, który znalazłyśmy po kierunkowskazach. Choć większym kierunkowskazem stały się dla nas… końskie odchody. Nie żartuję, kierowałyśmy się śladami końskich pączków, bo to był jedyny znak, że konkretna ścieżka jest przez kogoś używana i dokądś prowadzi.

Później zaczęłyśmy wspierać się mapą, także nie myślcie o naszych zdolnościach orientacyjnych zbyt źle. Po prostu znaki oznaczające szlak czasami potrafiły być mylące.

Zwykły spacer wśród hiszpańskich drzew, obserwując przyrodę i rozkoszując się ciszą to najlepsza rzecz, jaką mogłyśmy zrobić. Szłyśmy szlakiem, znalazłyśmy ładne punkty widokowe wśród drzew, opuszczone domy – najpewniej lenie rezydencje Hiszpanów, ale najlepsza rzecz dopiero na nas czekała.

Zrywanie pomarańczy proso z drzewa!

Dla nas jest rzeczą niepojętą, by marnować owoce, zwłaszcza takie jak mandarynki czy pomarańcze. A tam? Te leżą kilogramami na ziemi i nikt ich nie zbiera. Jest ich tak dużo, że każdy mógłby zrobić sobie zapasy na kilka miesięcy, a dalej by one leżały pod drzewami i czekały na zabranie do domu.

Co prawda ten mały sad należał do kogoś, ale, tak jak w przypadku napotkanych domów w lesie, tak i tutaj najprawdopodobniej była to letnia działka Hiszpanów. I była zupełnie pusta, dlatego też pozwoliłyśmy sobie zabrać trzy pomarańcze na resztę drogi.

Coś mnie tknęło, by się odwrócić, gdy mijałam jako ostatnia ten kamienny murek. Takie znalezisko to dopiero coś!
Kwitnące łąki kwiatów, a wśród nich kwitnące drzewa migdałowca. Wystarczyło rozłupać orzech i wyciągać ze środka pyszne migdały. Niezapomniany smak!

Szlak, który wybrałyśmy, kończył się nad kolejną plażą, zaś droga do niej prowadziła kilkaset metrów pod górę do miejsca, gdzie zaczynałyśmy. Zrobiłyśmy nieduże koło, zaś przejście ego szlaku zajęło nam niecałe dwie godziny z kilkoma przystankami na zrywanie pomarańczy czy migdałów.

Ostatni punkt programu jawił się nam jako coś monumentalnego – Most skalny Es Pontas widniał na praktycznie każdej liście miejsc, które warto odwiedzić podczas zwiedzania wyspy, dlatego nie chciałyśmy go odpuścić. Na zdjęciach wygląda może i niepozornie, ale w rzeczywistości jest ogromny. Nie byłam w stanie objąć go całego, stojąc na brzegu klifu, mając za obiektyw szerokokątny 18-105. To akże popularne miejsce wśród wspinaczy.

Zostałyśmy w tym miejscu na zachód słońca, które co prawda niknęło nad wyspą, jednak i tak zapewniło nam niezapomniane widoki. Miejsce to daje też niezłego kopa szacunku do natury. Nagrywając time lapsa, wędrowałam z aparatem po brzegu i czasami miękły mi kolana – klif jest nieco pochylony w kierunku wody i trzeba uważać, gdzie się stawia nogi, by się nie poślizgnąć i nie sturlać na dół. Dotarłam jednak do pięknej zatoczki – dojście tam jednak zajęło mi chwilę czasu i gdyby coś mi się stało, raczej marne szanse, by którakolwiek z dziewczyn mnie usłyszała – wejście tam znajdowało się kawałek w dół po skałach, oddzielone od punku widokowego, przy którym się zatrzymałyśmy.

Ciekawostka – po lewej stronie zdjęcia widać wyjście z plaży, którą mogliście podziwiać na początku wpisu.
Zatoczka, którą udało mi się znaleźć zupełnie przypadkiem, gdy szukałam ładnych kadrów zachodu.


Po dniu pełnym wrażeń w końcu ogarnęłyśmy, że tak! – mamy to, jesteśmy na Majorce i zwiedzamy ją tak jak od początku planowałyśmy. A każdy kolejny dzień jawił nam się coraz lepiej, bo ta wyspa naprawdę jest pięknym miejscem, wartym odwiedzenia i zobaczenia tego wszystkiego na własne oczy.

A już w kolejnym wpisie dowiecie się o tutejszym chrześcijańskim święcie, kolejnych atrakcjach i kolejnych porażkach, które uznałyśmy za znaki, by znów wrócić na tę wyspę któregoś dnia.