Cavaliada po raz piąty!

Cavaliada co prawda pojawia się w Warszawie po raz piąty, jednak przedtem cała impreza nosiła inne nazwy, między innymi Warsaw Horse Days (2011) i to wtedy zawitałam na warszawski Torwar po raz pierwszy. Od sześciu lat obserwuję, jak wydarzenie rozrasta się, staje się najważniejszą imprezą jeździecką w Polsce, jak zdobywa renomę i… jak się psuje. Dzisiaj opowiem o całym przedsięwzięciu, jego plusach oraz minusach, a całość okraszę fotografiami.

Cavaliada Tour to cykl zawodów składający się z trzech wydarzeń organizowanych kolejno w Poznaniu, Lublinie oraz w Warszawie, gdzie możemy obserwować finały zmagań startujących. Tym roku w stolicy mogliśmy obserwować aż 160 zawodników oraz 280 koni po raz pierwszy w historii w czterech konkurencjach: skokach przez przeszkody, ujeżdżeniu, WKKW oraz w powożeniu. Ale ta duża impreza to nie tylko sportowe emocje, ale także targi sprzętu jeździeckiego, widowiskowe pokazy czy wykłady Uniwersytetu Jeździeckiego.

_DSC9766 Największy showman Cavaliady, którego nikomu nie trzeba przedstawiać? Vladimir Beletskiy!

Cavaliada Warszawa 2016

Od zawsze kochałam ujeżdżenie, więc dla mnie to najważniejszy punkt programu imprezy. Uwielbiam obserwować zmagania par, gdzie nie wszystko jest tak proste i oczywiste, jak w przypadku skoków. Tam gdy koń zrzuci, wiadomo, że ma 4 punkty kary. W ujeżdżeniu minimalna strata tempa, przejście do galopu zamiast do kłusa czy niedokładne zatrzymanie to sprawy niekiedy rzutujące na końcowy wynik. To piękna dyscyplina, choć przez wielu mocno niedoceniania właśnie przez tą zawiłość i trudność w odczytaniu całości.

W tym roku po raz pierwszy mogliśmy obserwować na arenie wszechstronny konkurs konia wierzchowego w mocno okrojonej wersji. Prawdziwa dyscyplina składa się z trzydniowej próby wytrzymałościowej, gdzie koń musi kolejno pokazać się w szrankach w ujeżdżeniu, później pokonać tor crossowy złożony z przeszkód stałych w terenie, zaś ostatniego dnia zmagać się w skokach przez przeszkody ruchome, czyli zwyczajny parkur znany nawet laikowi. Na Torwarze mogliśmy zobaczyć namiastkę crossu, co już okazało się ciekawą odskocznią od czterodniowego obserwowania parkuru z takimi samymi przeszkodami, tyle że w innych układach. Pomysł został ciepło przyjęty, więc jest spora szansa, że cross zawita na Cavaliadę na dłużej.

Powożenie to zdecydowanie najlepsza dyscyplina dla osób kochających kibicowanie. Tutaj nie trzeba siedzieć cicho; wręcz przeciwnie – można klaskać, krzyczeć, piszczeć, dopingować i bawić się wraz z powożącymi. Muszę przyznać, że polubiłam tę dyscyplinę jeszcze mocniej i powoli przeradza się to w miłość, która wzrasta wraz z kolejnymi edycjami Cavaliady. Tutaj można się wyżyć, wykrzyczeć, wyklaszczeć i pokiwać w rytm bardzo dynamicznych utworów – czego chcieć więcej? Zresztą powożenie ma najlepsze rundy honorowe i tego im nie odbierzemy. Ta dyscyplina i to, co nam pokazują zawodnicy to kwintesencja dobrej, sportowej rywalizacji połączonej z zabawą, która jest potrzebna w sportach ze zwierzętami.

W tym roku organizatorzy postarali się o specjalny pokaz dla polskiej publiczności. Francuska grupa taneczna za pomocą pięknej muzyki i balonów w kształcie koni przedstawiła niezwykły spektakl, który wgniatał w fotel i zachwycał kunsztownością oraz prostotą całej koncepcji projektu. Oprócz tego mogliśmy oglądać zimnokrwiste ogiery, stare powozy strażackie przy akompaniamencie orkiestry dętej czy krótki przejazd czwórek w powożeniu.

_DSC9603 Widowiskowa konkurencja przynosząca dużo emocji widzom – powożenie!

Złote plusy

Cavaliada ma jeden podstawowy plus – jest organizowana w centrach miast, gdzie może przyjść każdy i zobaczyć, jak wygląda jeździectwo, na czym polega każda dyscyplina, poznać ludzi z branży i dobrze się bawić. Mniejsze imprezy organizowane w Polsce z reguły są poświęcone jednej konkretnej dyscyplinie, a tutaj możemy obejrzeć niemalże wszystkie, skorzystać z targów, a także pozachwycać się wieloma wspaniałymi występami podczas pokazów. Uważam to za świetną promocję jeździectwa i naszych zawodników, którzy każdego roku walczą na międzynarodowych arenach o najwyższe miejsca, a duże media mówią o tym bardzo mało.

Dla mnie Cavaliada to miejsce spotkań znajomych z całej Polski. To intensywne cztery dni pod względem zdjęciowym, ale także towarzyskim. Praktycznie co chwila wpadam na kogoś na korytarzu, słyszę wołanie z trybun, macham komuś z daleka, ciesząc się jednocześnie, że mogę posiedzieć ze znajomymi z branży i pogadać nie tylko o koniach, ale też o fotografii i planach na najbliższe miesiące.

Ale prócz aspektu towarzyskiego jest też branżowy – możesz na miejscu porozmawiać z wieloma firmami specjalizującymi się w branży jeździeckiej i nie tylko. Możesz znaleźć wystawców odzieży, gadżetów, sprzętu do stajni, jedzenia dla koni, a także artystów – w tym roku Polscy Fotografowie Koni dostali możliwość wystawienia własnych prac, by promować sztukę fotografii koni, co niestety z euforii przerodziło się w gorycz. Dwa zdjęcia zostały skradzione, co było szczytem tupetu, niewychowania i chamstwa, jakiego nie spodziewaliśmy się po ludziach z własnego światka, w którym w pewnym sensie wszyscy się znają lub chociaż kojarzą ze słyszenia.

_DSC9462 Królowa sportów jeździeckich – ujeżdżenie! Szyk, elegancja, piękno – to jest to!

Ciemne strony Cavaliady

Nie wszystko złote, co się świeci, a nie każda impreza jest perfekcyjna, choćbyśmy bardzo chcieli, żeby tak było. Niestety minusy imprezy mocno przyćmiewają te dobre, a co najgorsze – z roku na rok jest ich coraz więcej. Dla osoby przychodzącej na świeżo, po raz pierwszy, jako widz, całość może zrobić ogromne wrażenie, jednak dla mnie czy innych, którzy śledzą na bieżąco rozwój wydarzenia, jest na co ponarzekać i mieć porównanie.

Na Cavaliadzie panuje niezły… syf. W tym roku dziwnym trafem zabrakło komplementarnego elementu każdej imprezy, nawet malutkiej – koszy na śmieci. Puste butelki, resztki jedzenia, papierki, pudełka po popcornie – wszystko to walało się albo na trybunach, albo na korytarzach między stoiskami wystawców. Gdy wychodziłam z loży prasowej i chciałam wyrzucić śmieci, musiałam nieść całą siatę wśród tłumu praktycznie aż do wyjścia. Czy tak trudno zakupić wielkie worki i zainstalować przy każdym wyjściu z trybun? Na innych masowych imprezach takie rozwiązanie działa i jest o wiele lepszą opcją niż zostawianie wszystkiego tam, gdzie się siedziało. Przez to często wychodziło się z widokami na rozdeptaną zapiekankę, tony rozsypanego popcornu, papierków po cukierkach, hot dogach… Niezbyt to estetyczna wizytówka największej imprezy jeździeckiej w Polsce.

Swoją drogą jedzenie też pozostawia wiele do życzenia… I mam tutaj na myśli zapiekanko-podobne twory, które można było zakupić w barach między stoiskami wystawców. Dla kogoś, kto nie siedzi jak niektórzy z prasy cały dzień, jedzenie nie stanowi problemu, jednak gdy okazuje się, że żadna firma nie dowiezie nam jedzenia… stajemy się bardzo zdesperowani. A później tego żałujemy. I kiedy znajomi wystawcy, którzy stali ze swoimi towarami obok i widzieli pracę tych ludzi mówią, jak to z tym jedzeniem wygląda to… ta nieszczęsna gumowa zapiekanka odbija mi się do dzisiaj. Zresztą doszły mnie słuchy, że wiele osób zostało przetrzepanych i zabrano im hermetycznie zapakowane, jeszcze nieotwarte picia, chipsy, ciastka… Serio? To czym mają się ci ludzie żywić? Zapiekanką podawaną brudnymi, niemytymi rękami? A może hot dogiem, który zapewne zacząłby się świecić, gdybyśmy zgasili światło? No nie tędy droga, widz to też człowiek, a majątku nie zamierzamy tam zostawiać, by kupić malutką butelkę wody za piątaka.

W tym roku największym hitem był lepszy i gorszy sort fotoreporterów. Do 2016 z przyznawaniem akredytacji nie było problemów, tak samo jak z wchodzeniem do stajni czy na płytę, by fotografować rozdanie nagród. W tym roku organizatorzy postanowili, nie wiem, chyba pokazać się przed NC+, bo nie dość, że zaczęli odmawiać akredytacji ludziom, to podzielili nas na lepszych i gorszych, rozdając lepszym oczojebne odblaskowe kamizelki, by przypadkiem konie ich nie zauważyły. „Minionki”, jak szybko żartobliwie zaczęliśmy się wzajemnie przezywać, mogły wejść na płytę, lecz do stajni już nie – tam wstęp mieli tylko zawodnicy i ich luzacy. Czy taki podział był potrzebny? Patrząc na poprzednie lata – zupełnie! Nikt nikomu nie przeszkadzał, nie wchodził w drogę, a nawet jeśli – wszyscy się tak naprawdę znamy lub kojarzymy z Internetu, nic nas nie boli poproszenie o przesunięcie. Najwyraźniej organizatorzy imprezy mieli inne zdanie na ten temat i postanowili nas podzielić i pokazać, kto wśród nas jest lepszy, a kto gorszy.

_DSC0882 Tyle tych ciemnych stron, że aż trzeba Was poratować zdjęciem – wspaniały pokaz francuskiej grupy tanecznej Compagnie des Quidams. Takich występów nam trzeba!

Z roku na rok bilety są coraz droższe i zastanawia mnie, co takiego się zmienia, że ta cena ciągle wzrasta, w dodatku w bardzo zastraszającym tempie? Niestety patrząc na cztery dni pełne zirytowania podziałem, brudem i zmniejszaniem systematycznie loży prasowej (na większe konkursy zostają nam jedynie schody, jeżeli nasza loża nam nie pasuje – a często na skokach tak jest), stwierdzam, że nie ma żadnego powodu, dla którego miałyby te ceny biletów stale wzrastać. Kiedyś za czterodniowy karnet można było zapłacić stówkę – dzisiaj cena sięga grubo ponad 200 zł. A dużo się nie zmieniło.

Kolejna sprawa to światło na pokazach. Nie wiem, kiedy organizatorzy wreszcie przejrzą na oczy, ale na naszych „rodzimych” pokazach organizowanych przez polskie grupy, światła… nie ma. Bo nie można nazwać światłem jakiegoś czerwonego reflektora naprzemiennie z zielonym, by na dokładkę dostać po gałach żółtym (czasami trafi się jeden zagubiony reflektor, którego żarówka jest już chyba na wykończeniu, bo daje tyle światła, co nic). Fotografowie automatycznie odkładają na czas polskich pokazów aparaty, bo dawno straciliśmy nadzieję, że ktokolwiek z organizacji przejrzy na oczy. W tym roku jednak sprawy w swoje ręce wzięła… widownia! Nagle podczas jednego z występów kilka sektorów jednocześnie zaczęło skandować o więcej światła – loża prasowa szybciutko dołączyła, niestety bezskutecznie. Dopiero na sam koniec pokazu ogierów ktoś łaskawie włączył główne reflektory do konkursów, ale i tak było za późno. Wiecie, jak źle się potem czujemy, gdy piszą do nas pełni nadziei ludzie z tych grup i pytają o zdjęcia z ich występów, a my musimy im powiedzieć, że nie mamy żadnego? Co jak co, ale nasz sprzęt też ma swoje ograniczenia, a braku światła z pewnością nie przeskoczymy.

Następny hit w wykonaniu organizatorów to wejście na teren imprezy – Torwar ma kilka drzwi, jednakże w tym roku ktoś wspaniałomyślnie postanowił zrobić jedno. Ale nie tylko dla wchodzących – dla wychodzących także. Więc wychodziło się pierwszymi drzwiami, jednak drugie były zaryglowane i trzeba było przepychać się między ludźmi czekającymi do wejścia, żeby wyjść. Kompletny cyrk na kółkach i totalny brak logiki w postępowaniu organizatorów.

Ostatnią rzeczą, jakiej nie potrafię zrozumieć, było ustawienie w niedzielę ujeżdżenia po najważniejszym konkursie Grand Prix w skokach – to strasznie nie fair w stosunku do ujeżdżeniowców, zwłaszcza że z reguły ich konkursy są o takich godzinach, że są na nich jedynie ludzie z loży prasowej i prawdziwi zapaleńcy tej konkurencji. Może ja się nie znam, nie wiem, ale zazwyczaj najważniejszy konkurs jest rozgrywany jako ostatni i później już nic nie ma, oficjalne zakończenie i do domu. Cavaliada najwyraźniej próbuje się wyróżnić, wciskając na sam koniec ujeżdżenie, na które nikomu już nie chce się zostawać.

Z tego, co się dowiedziałam, skarg i zażaleń jest wiele więcej; czy to straszliwie długie przerwy, sięgające niekiedy dwóch godzin między konkursami, strasznie mało wolontariuszy, co też mogło znacząco wpłynąć na długość przerw (choć w tym roku sprawcami zamieszania było NC+ – przez restrykcyjne godziny nadawania, siedzieliśmy wszyscy i gapiliśmy się na siebie przez naprawdę długi czas), gburowatość ochrony, złe traktowanie wystawców… Jeżeli tak dalej pójdzie, nie wróżę Cavaliadzie kolorowej przyszłości usłanej różami.

_DSC0680 Cross na Torwarze – po raz pierwszy w historii!

To nie jest tak, że jestem typowym Polaczkiem, który nie robi nic, tylko narzeka. Ja obserwuję tę imprezę naprawdę długi czas i mam porównanie z poprzednimi latami czy innymi imprezami sportowymi, na których bywam i fotografuję. Z pewną dozą ostrożności mogę powiedzieć, że nasze zawody psich zaprzęgów organizowane w szczerym polu lub w środku lasu są lepiej sklecone do kupy i logistycznie przemyślane niż Cavaliada. Tam przynajmniej pamiętają o wielkich worach służących do gromadzenia śmieci. I to nie są tylko moje przemyślenia – dzieli je naprawdę duża część moich znajomych czy to ze światka jeździeckiego, czy to z wystawców, czy to z fotoreporterów.

Cavaliado, czas coś zmienić. Na lepsze.

Zdjęcie otwierające artykuł to materiał prasowy, który otrzymałam od organizatorów.

A jakie są Wasze odczucia względem imprezy? Co Wam się podoba, a co byście zmienili? Piszcie w komentarzach i dzielcie się swoimi zastrzeżeniami!