Od artyzmu do komercji – rzeczywistość współczesnego fotografa

Kilka dni temu naszła mnie pewna refleksja, która nie chce odejść i kołacze się gdzieś po głowie. Podejrzewam, że każdy fotograf siedzący w branży nieco dłużej odczuwa to samo – zresztą będąc na wielu grupach fotograficznych szybko można wyciągnąć wnioski, że wszyscy jedziemy na tym samym wozie. Od artyzmu do komercji – czy wiecie, jak wygląda droga kariery współczesnego fotografa? Kiedy pojawiają się konkretne decyzje, w jakim okresie wkradają się wątpliwości, gości niechęć? Przekonajcie się sami.

 

Na początku drogi każdy jest zafascynowany fotografią, chce robić zdjęcia praktycznie codziennie, szuka poradników, kupuje książki, ogląda tutoriale. Systematycznie poszerza swoją wiedzę, wprowadza pierwsze cenniki, zaczyna publikować prace na portalach społecznościowych. To niezwykle ekscytujący proces, bo praktycznie wszystko jest dla fotografa nowe, nieodkryte. Każda reakcja cieszy, każdy nowy fan jest na wagę złota, zaś każdą wolną chwilę pragnie poświęcić na naukę nowych, przydatnych rzeczy.

Zaczyna jeździć na warsztaty, plenery, poznaje nowych ludzi, społeczeństwo powoli go rozpoznaje w branży; pierwsze wygrane w konkursach, nawet jeśli lokalne – cholernie cieszą. Cenniki zostają zmienione, odkrywa nowe specjalizacje, powoli wyrabia własny styl i ustala, w której gałęzi fotografii chce osiąść na dłużej.

Fotografia to sztuka, zaś fotograf jest artystą starającym się dopieścić każdy dobry kadr. Do tego oczywiście trzeba dojrzeć, rzadko kiedy taka myśl przychodzi niemal od razu wraz z kupnem pierwszej lustrzanki. Ale w końcu fotograf do tego dojrzewa i ustala, jakiego progu ilości fotografii z sesji nie przekroczy. Nadal szuka tych idealnych kadrów – perełek, które będą cieszyć oko nie tylko klienta, ale też fanów.

Jedną fotografię można obrabiać nawet do godziny. Fotograf jako artysta chce, by to, pod czym się podpisuje, było dobre, najlepsze. Nie odda przecież bubla. Więc siedzi po nocach, próbuje jednego sposobu obróbki, potem drugiego, trzeciego, piątego, dziesiątego… Nic mu nie pasuje, ciągle coś mu umyka! Odkłada sesję, chce zapomnieć, tak jak pisarz odkłada maszynopis na dwa, trzy miesiące, zajmuje się czym innym, by zapomnieć o własnym tworze. Wraca do niego po sporym czasie, siada do czytania i poprawia wszystko to, co popsuł w fazie pierwszego tworzenia. I w końcu jest zadowolony, oddaje maszynopis do wydawnictwa i kilka miesięcy później podziwia swoje nazwisko na półkach w księgarni.

Fotograf chce dopieścić każdy kadr, chce zadowolić klienta, chce, by był zadowolony i wrócił do niego ponownie. Niestety fotograf jest artystą i nie zawsze ma rękę do zdjęć, które aktualnie powinien oddać. Odkłada więc zdjęcia na bok, odpoczywa od nich, zajmuje się innymi sprawami, być może wykonuje kolejne sesje, a tamte czekają cierpliwie na swoją kolej. Gdy przyjdzie ich czas, fotograf usiądzie do nich i odda perełki bez skazy, dopieszczone i wypucowane. Jego artystyczne serce urośnie z dumy, widząc, że klient jest zachwycony, że chwali się znajomym i poleca fotografa na sesje. Wtedy czuje, że to, co robi, ma naprawdę głębszy sens.

Niestety fotografa może dopaść komercja. Najczęściej szybciej niż później. Przecież ciężko utrzymać tak drogi sprzęt za nic, mając dodatkowo inne wydatki. Musi więc wykonywać sesje, za które ludzie mu zapłacą, by jakoś przeżyć.

Słowo klucz to przeżyć, ponieważ ludzie wychodzą z założenia, że zdjęcia należą im się za darmo. Jeżeli cena jest zbyt duża – w ich mniemaniu – piszą to wprost, nie omieszkując dodać, że pójdą do znajomej, która zrobi im za darmo. Fotograf artysta wzrusza ramionami, ale w głębi serca jest mu przykro. Przecież się stara, wkłada swoje własne serce w każdy kadr, a dostaje w zamian taką odpowiedź! Fotograf artysta rusza dalej, liczy gorąco na kolejnych klientów, ale ci, nawet jeżeli się trafiają, nie rozumieją go i nie chcą zrozumieć.

Klienci chcą zdjęcia natychmiast, teraz, zaraz! Nie obchodzi ich, że fotograf ma też swoje życie prywatne, swoje obowiązki, błahostki i problemy. Komputer nie jest całym ich życiem, ma też znajomych, choć ci często odchodzą lub zawężają się do zwykłych rozmów na portalach społecznościowych. Cena bycia artystą jest wysoka, ale fotograf gotów był ją zapłacić, ponieważ kocha to, co robi.

Fotograf po wielu takich wiadomościach poddaje się, siada do zdjęć, obrabia je byle jak, nie czując już tej nutki ekscytacji na myśl o zdjęciach-perełkach, którymi chciałby się pochwalić szerszemu gronu. Oddaje zdjęcia i zapomina o nich, czując w sercu pustkę, jakby ktoś wyrwał mu artystyczne serce i je zdeptał. Nie cieszy się na ich widok, gdy widzi je gdzieś na tablicach znajomych, krzywi się, widząc swoje imię i nazwisko w którymś z rogów fotografii.

Fotograf zaczyna się zastanawiać, gdzie tu sens, gdzie logika? Gdzie zniknęło to podniecenie na myśl o zdjęciach, o obróbce, o odkrywaniu starych fotografii, które pominęło się przy pierwszej selekcji? On czuje jedynie niechęć, ponieważ ktoś znów napisał wiadomość i domaga się fotografii, mimo że od sesji minęło zaledwie kilka dni, a fotograf nie czuje w sobie tego polotu, tej ekscytacji, która pozwoli mu obrobić te zdjęcia na najwyższym poziomie.

Czuje zmęczenie. Zaczyna kwestionować ideę swojej działalności, rozważa nawet zamknięcie interesu i zajęcie się czymś mniej stresującym. Ale za bardzo kocha fotografię, jego artystyczne serce, choć umiera, nadal chce bić dla aparatu, desperacko kołacząc się w piersi. Fotograf ulega, słucha się porywów serca, choć obiecywał sobie, że to ostatni raz.

Fotograf czuje już, że została mu tylko komercja. Choć chciałby, żeby jego zdjęcia nadal uważano za artystyczny twór, nie prosi już o to, bo dawno się poddał z tłumaczeniami. Według niektórych on nie ma życia, nie ma rodziny, nie ma przyjaciół – siedzi tylko w domu i obrabia zdjęcia. I powoli ci ludzie mają rację – bo stracił to wszystko na rzecz fotografii – jego muzy, natchnienia i sensu życia.

Ale i to umarło. A została jedynie komercja, marne pieniądze i narzekanie.